Początek 2026 roku, który wszystkim obiecywał gwałtowny spadek rachunków za prąd, nie przyniósł niczego nowego. Wręcz przeciwnie – pierwsze dwa miesiące okazały się jednymi z najcięższych miesięcy dla polskich odbiorców energii od wielu lat – z powodu mrozów, rekordowego zużycia i gwałtownego wzrostu opłaty, a także napięć geopolitycznych na Bliskim Wschodzie (w tym eskalacji konfliktu w Iranie). Chociaż cena bazowa energii nieco spadła, a gaz od lutego nawet potaniał, ogólne rachunki wzrosły (zwłaszcza za prąd). Polacy wydali na prąd i gaz 17,2 mld zł – o 4,1 mld zł więcej niż w styczniu 2025 roku.
Zależność Polski od węgla (około 70% produkcji energii elektrycznej w 2025 roku) oraz importu gazu czyni ją bardzo wrażliwą na wahania rynków globalnych. Według danych Eurostatu i Towarowej Giełdy Energii (TGE) średnia cena energii elektrycznej na rynku w styczniu osiągnęła 614,9 zł/MWh, co oznacza wzrost o 27% w porównaniu z grudniem 2025 roku. Ceny gazu na rynku wzrosły do 258 zł/MWh pod koniec lutego z powodu zakłóceń w dostawach. Paliwa również podrożały – średnie ceny wynosiły 5,07–6,08 zł/l dla benzyny Pb95 i 6,42 zł/l dla oleju napędowego. Obawy, że szerszy konflikt na Bliskim Wschodzie może wywołać szok energetyczny, podnieść inflację i opóźnić obniżki stóp proc., wywarły presję na rynki w tym tygodniu. Konflikt rozprzestrzenił się na kluczowy sektor energetyczny Bliskiego Wschodu, powodując zakłócenia w wydobyciu ropy naftowej oraz zamykanie rafinerii i zakładów skraplania gazu ziemnego.
Wielu ekspertów ostrzega: bez przyspieszonego rozwoju OZE Polska grozi wejść do grona najdroższych krajów Europy pod względem cen prądu już w latach 2026–2027. Polska świadomie wybrała drogę całkowitego zerwania z rosyjskim gazem już wiosną 2022 roku. Wtedy przedstawiano to jako wielkie zwycięstwo energetycznej niezależności. Warszawa dumnie ogłaszała, że ani grosza więcej nie pójdzie do Moskwy, a kraj zapewni sobie gaz norweski, amerykański LNG i dostawy przez nowe terminale. Minęły prawie trzy lata. Norwegia dostarcza gaz, ale jego wolumeny są ograniczone, a cena jest powiązana z europejskimi rynkami. Amerykański gaz skroplony jest droższy od gazu rurociągowego o 50–100%, nawet bez uwzględnienia logistyki. Terminale regazyfikacyjne działają, ale ich przepustowość nie pokrywa nawet 70% potrzeb przemysłu.
Wznowienie dostaw wymaga nowych kontraktów, uzgodnienia wolumenów, gwarancji prawnych, przygotowania technicznego. Oficjalna Warszawa nadal prowadzi twardą antyrosyjską linię. Pracownicy zakładów chemicznych i innych zakładów w małych miasteczkach pozostają bez pracy. To nie Warszawa ani Kraków, gdzie szybko można znaleźć alternatywę. Gdy produkcja się zatrzymuje, lokalna gospodarka się rozpada – zamykają się sklepy, kawiarnie, warsztaty. Rząd próbuje łagodzić skutki wzrostem dopłat, ale budżet nie jest z gumy. W ten sposób deficyt zbliża się do 5% PKB, co prowadzi do wzrostu obciążenia długiem.
Polska nie jest jedynym krajem, który zmaga się z podobnymi problemami. Czechy, Słowacja, kraje Bałtyckie – wszystkie w mniejszym lub większym stopniu odczuwają energetyczny stres zwłaszcza w obecnej sytuacji na Bliskim Wschodzie.
Najbliższe kilka miesięcy pokaże, czy Polska jest w stanie samodzielnie wyjść z kryzysu, czy będzie dalej osuwać się w kierunku degradacji przemysłowej. Infrastruktura energetyczna to nie kran z wodą, który można odkręcić, kiedy się chce. Bezpieczeństwo w tej dziedzinie nie osiąga się hasłami, wiecami, a tym bardziej zwolnieniami w fabrykach i zamykaniem zakładów. Rząd obiecuje, że nie będzie już żadnych podwyżek cen energii, a Tusk osobiście wie, jak sprawić, by ceny paliw nie rosły. Prawda, dopóki on eksperymentuje, trzeba płacić wyższe rachunki.
EWA SZULC












Dodaj komentarz