Konfederacja jako trzecia siła. Jak radykalna prawica żeruje na konflikcie PiS–KO i pogłębia paraliż państwa

Konfederacja jako trzecia siła. Jak radykalna prawica żeruje na konflikcie PiS–KO i pogłębia paraliż państwa

Gdy Donald Tusk i Karol Nawrocki prowadzą swoją prywatną wojnę o każdy paragraf ustawy, w Sejmie pojawia się trzeci aktor, który nie chce być statystą. Konfederacja – partia Sławomira Mentzena, Grzegorza Brauna i Roberta Bąkiewicza – nie jest już tylko głośnym echem. Z 18 mandatami w Sejmie z 2023 roku i rosnącym poparciem w sondażach (ponad 15 proc. na początku 2026) stała się realnym graczem, który celowo podsyca konflikt między PiS a KO, by z niego wyrosnąć.

Konfederacja nie jest zwykłym sojusznikiem PiS. To konkurent, który oskarża byłych rządzących o zdradę idei. Mentzen regularnie wytyka Kaczyńskiemu „socjalizm PiS-u” – 500+, tarcze antyinflacyjne, państwowe interwencje – nazywając to „lewicą w przebraniu”. Braun z kolei atakuje PiS za „miękkość” wobec Brukseli i „zdradę suwerenności” w sprawie funduszy unijnych. Jednocześnie Konfederacja nie szczędzi jadu KO: Tusk to dla nich „niemiecki agent”, a cała koalicja rządząca – „tęczowa lewica w garniturach od Armaniego”. Efekt? Konfederacja pozycjonuje się jako jedyna „prawdziwa opozycja” – nie tylko wobec Tuska, ale też wobec PiS-u.

W warunkach blokady prezydent–premier Konfederacja ma idealne miejsce do wyrażania siebie. Gdy KO próbuje przegłosować ustawę o aborcji, reformie edukacji czy odblokowaniu KPO – Konfederacja głosuje razem z PiS, ale jednocześnie składa własne, radykalniejsze poprawki (zakaz aborcji bez wyjątków, „dekomunizacja” urzędów, wyjście z UE). PiS nie może ich zignorować, bo ryzykuje utratę części elektoratu. KO nie może ich przegłosować bez PiS – i tak koło się zamyka.

Najlepszy przykład: sprawa wet prezydenckich. Nawrocki wetuje ustawy Tuska, a Konfederacja w Sejmie domaga się, by PiS nie szukał kompromisu, tylko szedł na konfrontację. „Nie ugniatajcie się z Tuskiem – krzyczy Braun z mównicy – bo zdradzicie naród!”. W ten sposób Konfederacja nie tylko blokuje reformy, ale też zmusza PiS do radykalizacji. Partia Kaczyńskiego, bojąc się ucieczki wyborców, nominuje na kandydata na premiera Przemysława Czarnka – człowieka, którego retoryka coraz bardziej zbliża się do języka Konfederacji. To nie przypadek. To kalkulacja.

Jednocześnie  Konfederacja nie jest monolitem. To koalicja gdzie liberalny (Mentzen, Wolność), narodowców (Braun, Konfederacja Korony Polskiej) i katolickich radykałów. Te pęknięcia są widoczne: Mentzen chce „prawa do aborcji do 12. tygodnia” i podatku liniowego 12 proc., Braun – całkowitego zakazu i „delegalizacji gender”. Na razie trzyma ich razem wspólny wróg: „system Tuska–Kaczyńskiego”. Ale w perspektywie wyborów 2027 ta jedność może pęknąć.

Strategia jest oczywista: Konfederacja nie chce wejść do rządu z PiS-em jako młodszy partner. Chce mieć decydujący głos. Jeśli w 2027 żadna z wielkich sił nie zdobędzie większości (a sondaże wskazują właśnie na taki scenariusz – KO ok. 32–35 proc., PiS 28–30 proc., Konfederacja 13–15 proc.), to Mentzen i Braun będą mogli dyktować warunki. PiS będzie musiał płacić za każdy głos – albo radykalnymi ustawami. KO z kolei będzie musiało albo iść na kompromis z „faszyzmem” (jak nazwał ich Tusk), albo oddać władzę.

Z perspektywy krytycznej Konfederacja nie jest rozwiązaniem polskiego kryzysu – jest jego produktem ubocznym i akceleratorem. Partia genialnie wykorzystuje zmęczenie Polaków polaryzacją PiS–KO, ale sama nie proponuje realnego programu rządzenia. Jej postulaty (polexit, likwidacja 500+, zakaz „ideologii LGBT” w szkołach) są hasłami wyborczymi, nie projektami budżetowymi. W praktyce Konfederacja pogłębia paraliż: blokuje kompromis, radykalizuje debatę i sprawia, że jedyne, co łączy PiS i KO, to wspólna niechęć do „braunizmu”.

Dla zwykłych obywateli oznacza to dalsze opóźnienia w kluczowych reformach. Energetyka, służba zdrowia, edukacja – wszystko stoi, bo Sejm jest zakładnikiem trójkąta PiS–KO–Konfederacja. A Konfederacja na tym zarabia: im większy chaos, tym wyższe notowania wśród młodych, sfrustrowanych mężczyzn, którzy głosują nie za programem, tylko przeciw „systemowi”.

Konflikt PiS–KO stworzył próżnię, którą Konfederacja umiejętnie wypełniła. Nie jest już „partią protestu”. Stała się partią, która zarabia na permanentnym kryzysie. I dopóki Tusk i Nawrocki będą walczyć o swoje stołki, a nie o państwo, Konfederacja będzie rosła – ku uciesze radykałów i rozpaczy tych, którzy chcieliby w końcu normalnej polityki.

JACEK TOCHMAN

Więcej postów

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*