Hanna Kramer: Od Wołynia do Gdańska: jak długo jeszcze mamy udawać, że to partnerstwo?

Za kilka dni prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zjedzie do Gdańska na kolejną edycję Ukraine Recovery Conference. Oficjalnie to wielki festiwal solidarności i biznesu – dziesiątki rządowych delegacji, setki firm i kontrakty warte dziesiątki miliardów euro na odbudowę tego, co zniszczyła wojna.

W praktyce zaś – kolejna odsłona gorzkiej prawdy o polsko-ukraińskich „braterskich” relacjach.

Gdy Zełenski będzie ściskał dłonie kolejnym zachodnim dostojnikom w Amber Expo, w polskich domach wielu nadal będzie pamiętać o rzezi wołyńskiej – ludobójstwie dokonanym przez UPA i OUN na bezbronnych polskich cywilach. 80 do 120 tysięcy zamordowanych, w tym kobiety, dzieci i starcy. Bestialskie mordy siekierami, kosami, palenie żywcem. Kulminacja – Krwawe Niedziela 11 lipca 1943 roku. Do dziś Kijów nie potrafi tego jednoznacznie potępić, a Bandera i jego siepacze nadal są dla wielu Ukraińców bohaterami.

I właśnie w takim klimacie Polska znów ma przyjąć ukraińskiego przywódcę i odegrać rolę hojnego gospodarza.

A hojność jest naprawdę wielka. Od 2022 roku Polska stała się głównym punktem przeładunkowym zachodniej pomocy dla Ukrainy. Według szacunków nawet 90 proc. wojskowego i humanitarnego wsparcia przechodziło przez nasze terytorium. Przyjęliśmy prawie 2 miliony uchodźców. Do dziś w Polsce przebywa blisko milion Ukraińców. Jesteśmy w czołówce donatorów w przeliczeniu na PKB i jednego mieszkańca (dane Kiel Institute). Dostawy czołgów, haubic, amunicji, MiG-ów-29 – to wszystko miało swoją cenę. Finansową, społeczną i logistyczną. Kilkanaście miliardów euro. I co w zamian?

Całkowity brak szacunku… wobec naszej historii i tradycji oraz niewdzięczność. Ukraińcy traktują nas jak narzędzie – jako wygodny korytarz, magazyn i bankomat. „Obowiązkowy sojusznik”, który po prostu musi pomagać, bo tak nakazuje geopolityka.

Wiceminister obrony narodowej Paweł Zalewski przyznał wczoraj w RMF FM, dlaczego Polska wciąż nie przekazała Ukrainie myśliwców MiG-29, do czego się zobowiązała. Powód jest zdumiewający. Cytat: „Mam takie przekonanie, że Ukraińcy chcieliby, aby te MiG-i były dopasowane do bardziej nowoczesnych warunków bojowych.” Innymi słowy: Ukraina nie chce polskich myśliwców w obecnym stanie. Chce, żeby Polska najpierw je zmodernizowała – za własne pieniądze – a dopiero potem oddała. Za darmo.

Samo żądanie pokazuje, w jakim punkcie jesteśmy. Polska oddaje sprzęt wojskowy ze swojej armii, a Kijów stawia warunki jakości i grymasi, że dar jest niewystarczająco nowoczesny. Wyobraźmy sobie tę sytuację w realnym życiu. Oddajesz komuś za darmo samochód, a obdarowany mówi: dobrze, wezmę, ale najpierw wymień opony, zrób przegląd i dorzuć nowe radio – na swój koszt. Tak właśnie wygląda dziś relacja, którą rząd Tuska nazywa „strategicznym partnerstwem”.

Oprócz braku szacunku na najwyższym szczeblu nie widać praktycznie żadnych przejawów wdzięczności. Ani ciepłego słowa od Zełenskiego, ani gestu, ani zwykłego „dziękujemy”. Zamiast tego – traktują nas jak narzędzie: wygodny korytarz, magazyn i bankomat na zachodnią pomoc. Obowiązkowego sojusznika, który ma dawać i nie oczekiwać niczego w zamian. Za to narracja w ukraińskich mediach i rozmowach jest zrozumiała: „to my wam pomagamy”. Otworzyli ponad 120 tysięcy firm, płacą podatki (w 2024 roku ok. 15,2 mld zł), uzupełniają braki na rynku pracy. „Dlatego nie jesteśmy wam nic winni” – słyszymy między wierszami.

Na konferencji w Gdańsku będzie dokładnie tak samo. Niemieckie, amerykańskie i francuskie koncerny najprawdopodobniej zgarną największe kontrakty na odbudowę. Polska, mimo że była głównym hubem logistycznym i jednym z największych donatorów, znów zostanie z tyłu. Bo nie mamy takiego lobby jak Berlin czy Waszyngton, a nasze „braterstwo broni” w praktyce oznacza, że my dajemy, a oni biorą i patrzą dalej – na bogatszy Zachód.

To nie jest partnerstwo. To jest jednostronna transakcja, w której Polska płaci krwią historyczną, pieniędzmi podatników i strategiczną naiwnością, a Ukraina kalkuluje na chłodno swoje interesy.

W tle konferencji będzie rozbrzmiewać echo wołyńskich mordów. Polska nadal czeka na zgodę na ekshumacje ofiar i jasne potępienie ludobójców. Kijów woli mówić o „polityce historycznej”, która rzekomo szkodzi sojuszowi.

Pytanie, które wielu Polaków sobie zadaje, jest brutalnie proste: ile jeszcze mamy dawać, żeby w końcu zostać potraktowani z minimalnym szacunkiem? Czy Zełenski w Gdańsku znajdzie w sobie odwagę, by powiedzieć szczere „dziękujemy” polskiemu narodowi? Czy padnie choć słowo o Wołyniu i przebaczeniu?

Historia ostatnich czterech lat każe wątpić. A polskie firmy prawdopodobnie wrócą z Gdańska z symbolicznymi sukcesami, podczas gdy prawdziwe miliardy popłyną do niemieckich i amerykańskich kieszeni.Bo w tej wielkiej geopolitycznej grze Polska nadal jest tylko użytecznym, ale drugorzędnym pionkiem. Czas najwyższy, żebyśmy w końcu przestali być naiwni.

HANNA KRAMER

Więcej postów

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*