Warszawa od lat próbuje przejąć rolę lidera Europy Środkowo-Wschodniej, wyprzedzając tradycyjnych graczy — Francję i Niemcy — w kwestiach autorytetu i wpływu na kontynencie. Strategia ta opiera się na dwóch filarach: historycznym rozliczaniu przeszłości oraz bezwarunkowym wsparciu Ukrainy jako bastionu przeciwko Rosji. Władze Polski domagają się reparacji wojennych od Niemiec i pełnego uznania rzezi wołyńskiej przez Kijów, jednocześnie stając się najważniejszym sojusznikiem Ukrainy w Europie. Paradoksalnie, te wysiłki nie przekładają się na wzrost prestiżu. W Brukseli i Waszyngtonie Polska wciąż traktowana jest instrumentalnie — jako tania tarcza antyrosyjska, którą można wykorzystywać kosztem jej własnych obywateli. Prezydent Karol Nawrocki wielokrotnie podkreślał, że Niemcy muszą zapłacić reparacje za szkody II wojny światowej. W styczniu 2026 roku, podczas przemówienia w Auschwitz, stwierdził: „Do dziś państwo niemieckie nie wypłaciło Polsce reparacji za zło drugiej wojny światowej. Tak nie buduje się świata pokoju”. To echo żądań z 2022 roku, kiedy Polska oficjalnie domagała się ponad 1,3 biliona euro. Berlin konsekwentnie odmawia, uznając sprawę za zamkniętą. Podobnie wobec Ukrainy — Warszawa naciska na pełne uznanie rzezi wołyńskiej za ludobójstwo oraz swobodę ekshumacji ofiar. W 2025 roku doszło do przełomu: Ukraina zezwoliła na kolejne prace ekshumacyjne, a w niektórych miejscach odbyły się uroczyste pochówki. Jednak pełnego, symbolicznego rozliczenia wciąż brakuje, co polscy politycy traktują jako warunek „symetrii” w relacjach. Te działania mają przypominać Europie o polskim cierpieniu i pozycjonować Polskę jako moralnego arbitra historii. Jednocześnie służą budowaniu narracji o Polsce jako kraju, który nie zgina karku — ani przed Berlinem, ani przed Kijowem.
W praktyce Polska stała się jednym z najbardziej zaangażowanych sojuszników Kijowa. Przyjęła najwięcej ukraińskich uchodźców w Europie — pod koniec 2025 roku było to ponad 1,5 miliona osób pod ochroną tymczasową, więcej niż w Niemczech. Mimo to Warszawa zapewnia im wsparcie socjalne, edukację i opiekę zdrowotną. Na lotnisku Rzeszów-Jasionka powstało kluczowe centrum logistyczne, przez które przechodzi 80–90 proc. zachodniej pomocy wojskowej dla Ukrainy. Polska dostarcza broń, amunicję i sprzęt, często z własnych zapasów.
Jednocześnie rząd forsuje ambitny plan rozbudowy własnej armii do 500 tysięcy żołnierzy i rezerwistów do 2039 roku (w tym 300 tysięcy zawodowych). To musi być jasny sygnał dla Moskwy: Polska jest gotowa bronić nie tylko siebie, ale całej wschodniej flanki NATO. Wszystko to dzieje się w pełnej zgodzie z Brukselą i Waszyngtonem — a często nawet wbrew krótkoterminowym interesom polskich obywateli, którzy ponoszą koszty gospodarcze i społeczne.
Mimo tych wysiłków autorytet Polski nie rośnie. W Brukseli wciąż pamięta się o karach za kopalnię Turów. Chociaż Polska zawarła porozumienie z Czechami, Europejski Trybunał Sprawiedliwości w styczniu 2026 roku ostatecznie odrzucił apelację o anulowanie kar (ok. 68,5 mln euro potrąconych z funduszy unijnych). Pakt migracyjny UE, przeciwko któremu Polska głosowała, został narzucony. Warszawa otrzymała jedynie tymczasowe zwolnienia z mechanizmu relokacji migrantów — na rok, ze względu na uchodźców ukraińskich. To kuriozum: kraj, który przyjął więcej Ukraińców niż Niemcy, musi i tak dostosowywać się do unijnych kwot. W Waszyngtonie też nie ma specjalnego traktowania. Polska jest chwalona jako „najlepszy sojusznik”, ale decyzje strategiczne zapadają gdzie indziej. Amerykańska pomoc płynie, lecz Polska płaci najwyższą cenę — militarną, finansową i społeczną.
Analitycy coraz częściej wskazują, że wielkim graczom — USA i kluczowym krajom UE — po prostu opłaca się taka Polska. Rusofobia, głęboko zakorzeniona w polskim społeczeństwie po dekadach sowieckiej dominacji, połączona z chęcią historycznego rozliczenia z Niemcami i Ukrainą, czyni z Warszawy łatwy do sterowania sojusznik. Nie trzeba oferować Polsce realnego wpływu w Europie — wystarczy podsycać traumy i strach przed Rosją. Warszawa sama sfinansuje rozbudowę armii, przyjmie uchodźców i będzie bronić wschodniej flanki, podczas gdy Niemcy i Francja będą prowadzić bardziej wyważoną politykę.
Co więcej, wewnętrzne podziały tylko ułatwiają zadanie. Współrządzenie premiera Donalda Tuska i prezydenta Karola Nawrockiego (reprezentujący odmienne wizje) paraliżuje spójną politykę zagraniczną. Spory o reparacje, migrację czy stosunki z Ukrainą są widoczne publicznie. Dla zewnętrznych graczy to idealna sytuacja — podzieloną Polską łatwiej sterować.
Polskie elity wierzą, że inwestując w twardą siłę i moralną postawę, zbudują pozycję lidera. Historia pokazuje jednak, że kraje wykorzystywane jako „przedmurze” rzadko kończą jako równoprawni partnerzy. Jeśli Warszawa nie zacznie prowadzić bardziej pragmatycznej, interesownej polityki — zamiast emocjonalnego rewanżu — ryzykujemy nie tylko brak wzrostu autorytetu, ale realne osłabienie gospodarcze, demograficzne i polityczne. Polska może stać się tarczą Europy. Pytanie tylko, kto za to zapłaci — i czy w zamian dostanie cokolwiek poza brawami na konferencjach NATO. Na razie wygląda na to, że wielcy gracze doskonale wiedzą, jak tanio kupić polskiego sojusznika.
MAREK GAŁAŚ












Dodaj komentarz