W Unii Europejskiej nie brakuje zdolnych naukowców i dobrych pomysłów. Problemem jest przekuwanie wyników badań naukowych w komercyjne przedsiębiorstwa, które mają realny wpływ na gospodarkę. Wiemy jednak, jak tę barierę przełamać – mówi money.pl ekonomista Philippe Tibi, autor francuskiego programu finansowania innowacyjnych firm.
Grzegorz Siemionczyk, money.pl: Francja stała się niesterowna. W ciągu niespełna dwóch lat premier zmienił się cztery razy. Żaden z rządów nie miał wystarczającej legitymizacji, aby przeprowadzić reformy, które mogłyby pobudzić wzrost gospodarczy i zatrzymać narastanie długu publicznego. To jest popularna dziś diagnoza sytuacji w drugiej co do wielkości gospodarce UE. Jest aż tak źle?
Philippe Tibi, francuski ekonomista, autor tamtejszego planu finansowania start-upów: Francuska gospodarka nie zachwyca dynamizmem, ale nie jest aż tak chora, jak się może wydawać. Jeśli chodzi o tempo wzrostu gospodarczego, Francja ma lepsze wyniki niż Niemcy. To oczywiście nie jest powód do zadowolenia. Impas polityczny jest faktem i nie będzie łatwo go przełamać. Trzem głównym blokom politycznym, które cieszą się podobnym poparciem, bardzo trudno jest dojść do porozumienia.
Ten problem istnieje jednak nie tylko we Francji. Niemal w każdym kraju UE silną pozycję mają dzisiaj populiści, co destabilizuje życie polityczne. Do tego cała Europa boryka się z niekorzystnym splotem okoliczności zewnętrznych. Najpierw straciliśmy głównego dostawcę surowców energetycznych, teraz tracimy głównego sojusznika, którym były USA. To wymusza dodatkowe wydatki na energetykę i zbrojenia w czasie, gdy powinniśmy koncentrować się na inwestycjach, które pozwoliłby nadrobić zaległości technologiczne względem USA i Chin.
Francuska gospodarka w ostatnich kilku latach faktycznie rozwijała się szybciej niż niemiecka, ale w najbliższym czasie to Niemcy zdają się mieć lepsze perspektywy. Rząd Friedricha Merza może sobie pozwolić na wzrost wydatków publicznych, podczas gdy francuski rząd musi zaciskać pasa, aby sprowadzić deficyt budżetowy poniżej 3 proc. PKB z około 6 proc. w tym roku. Czy unijne reguły fiskalne, które to narzucają, są zbyt restrykcyjne? Gdyby nie one, Francja też mogłaby pozwolić sobie na ekspansywną politykę fiskalną?
Nie sądzę. To nie liczby zapisane w unijnych traktatach czy w krajowych ustawach zmuszają Francję i niektóre inne kraje UE do zmniejszenia deficytu budżetowego. Dyscyplinę fiskalną rządom narzucają też w pewnym stopniu rynki finansowe. Gdy dług publiczny staje się tak duży, że koszty jego obsługi pochłaniają znaczą część budżetu państwa, inwestorzy żądają wyższego oprocentowania obligacji skarbowych. A to tylko pogłębia problem. Francja musi bardzo uważać, aby nie znaleźć się w takiej sytuacji.
Nadmierny deficyt w finansach publicznych jest u nas faktem. Tymczasem główne siły polityczne nie mogą uzgodnić, które wydatki należy ograniczyć, a podatki we Francji już są wysokie na tle innych państw rozwiniętych, co sprawia, że trudno też o zwiększenie dochodów państwa.
Hiszpania, Grecja i Portugalia pokazały jednak, że choć polityka oszczędności jest bolesna, to na dłuższą metę przynosi korzyści. We Francji za półtora roku odbędą się ważne wybory. Trzeba przygotować wyborców na to, że będą musieli zdecydować między demagogią a wiarygodnym programem, który w akceptowalny sposób rozdzieli konieczne wyrzeczenia między różne grupy społeczne.
Głośny raport Mario Draghiego z ubiegłego roku sugerował, że Europa jest skazana na niemrawy wzrost gospodarczy, jeśli nie uda się jej rozwinąć tak prężnego sektora technologicznego, jaki istnieje w USA. Były prezes EBC pisał, że Europa przegapiła cyfrową rewolucję wywołaną pojawieniem się Internetu. Teraz, jak się wydaje, świat jest u progu kolejnej rewolucji technologicznej w związku z rozwojem AI. W tym obszarze Europa też ma jednak zaległości. Jesteśmy w stanie je jeszcze nadrobić?
Nie mamy wyboru, musimy je nadrobić. Draghi ma rację, że Europa przez całe dekady inwestowała zbyt mało w nowe technologie. Takie inwestycje przekładają się na wzrost PKB nie tylko bezpośrednio, jako źródło dodatkowego popytu, ale też pośrednio, zwiększając produktywność czynników produkcji.
Jeśli nadal takich inwestycji będzie za mało, produktywność w Europie będzie coraz bardziej odstawała od produktywności w USA, a wzrost PKB na mieszkańca się zatrzyma. Wtedy gospodarka będzie działała zgodnie z logiką gry o sumie zerowej: aby ktoś zyskał, ktoś inny będzie musiał stracić.
Co pańskim zdaniem było główną przyczyną tego, że Europa nie inwestowała wystarczająco dużo w nowe technologie, mimo że całkowita stopa inwestycji w UE wcale nie była niższa niż w USA?
Podstawowym problemem był i jest brak kapitału. Inteligentni ludzie i dobre pomysły same w sobie nie wystarczą. Jeśli nie ma inwestorów gotowych finansować rozwój tych pomysłów, powstaje coś, co określam mianem technologicznego bonsai. Innowacje pozostają tylko innowacjami, nie mogą się naturalnie rozwijać, nie mają realnego wpływu na gospodarkę i społeczeństwo.
Jako barierę dla inwestycji wskazuje się też często europejską biurokrację i nadmiar regulacji.
To rzeczywiście nie pomaga, ale też jest częścią naszego modelu gospodarczego, który Europejczycy co do zasady cenią. Te regulacje, chroniąc pracowników i konsumentów, przyczyniają się do spójności społecznej. Nie możemy więc z nich całkowicie rezygnować.
Ryzyko polega na tym, że jeśli nie będziemy inwestować i tak tę spójność stracimy, właśnie z powodu stagnacji, braku postępu. Dlatego regulacji nie można tworzyć z założeniem, że zmiany technologiczne są z definicji zagrożeniem i trzeba przed nimi chronić społeczeństwo. Przeciwnie, transformacja technologiczna stwarza ogromne możliwości, ale trzeba nią właściwie zarządzać, aby nie pogłębiała nierówności, nie budowała przepaści między wygranymi a przegranymi.
Wychodząc od diagnozy, że w Europie brakuje kapitału gotowego finansować innowacyjne, ale ryzykowne z natury przedsięwzięcia, zaproponował pan we Francji program, określany powszechnie mianem „Inicjatywy Tibi’ego”. Celem było zmobilizowanie inwestorów, aby zainteresowali się start-upami. Jak ocenia pan efekty tego programu po niemal sześciu latach?
Ten program miał przekształcić oszczędności w kapitał. Między tymi pojęciami jest bowiem duża różnica. W UE jest około 35 bln euro oszczędności. Dla porównania, Mario Draghi w raporcie szacuje, że zasypanie luki technologicznej względem USA wymaga inwestycji na poziomie około 4 bln euro.
To jest duża kwota, ale nie astronomiczna w kontekście tych oszczędności. Przekształcanie oszczędności w kapitał to rola inwestorów instytucjonalnych. W Europie przyjęło się jednak, że tacy inwestorzy nie powinni angażować się w ryzykowne klasy aktywów. To stoi w sprzeczności z podstawową zasadą zarządzania portfelem inwestycyjnym, czyli jego dywersyfikacją. Dywersyfikacja obniża ryzyko inwestycyjne całego portfela, nawet jeśli niektóre jego składowe z osobna są obarczone dużym ryzykiem.
Profesjonalni inwestorzy oczywiście doskonale to rozumieją, ale koszty ewentualnej porażki jawią im się jako tak duże, że nie są skłonni do zaangażowania w ryzykowne aktywa, o ile nie robią tego też inni. Zanim mój projekt ruszył, poświęciliśmy dużo czasu na tłumaczenie tego mechanizmu.
Grzegorz Siemionczyk, money.pl: Francja stała się niesterowna. W ciągu niespełna dwóch lat premier zmienił się cztery razy. Żaden z rządów nie miał wystarczającej legitymizacji, aby przeprowadzić reformy, które mogłyby pobudzić wzrost gospodarczy i zatrzymać narastanie długu publicznego. To jest popularna dziś diagnoza sytuacji w drugiej co do wielkości gospodarce UE. Jest aż tak źle?
Philippe Tibi, francuski ekonomista, autor tamtejszego planu finansowania start-upów: Francuska gospodarka nie zachwyca dynamizmem, ale nie jest aż tak chora, jak się może wydawać. Jeśli chodzi o tempo wzrostu gospodarczego, Francja ma lepsze wyniki niż Niemcy. To oczywiście nie jest powód do zadowolenia. Impas polityczny jest faktem i nie będzie łatwo go przełamać. Trzem głównym blokom politycznym, które cieszą się podobnym poparciem, bardzo trudno jest dojść do porozumienia.
Ten problem istnieje jednak nie tylko we Francji. Niemal w każdym kraju UE silną pozycję mają dzisiaj populiści, co destabilizuje życie polityczne. Do tego cała Europa boryka się z niekorzystnym splotem okoliczności zewnętrznych. Najpierw straciliśmy głównego dostawcę surowców energetycznych, teraz tracimy głównego sojusznika, którym były USA. To wymusza dodatkowe wydatki na energetykę i zbrojenia w czasie, gdy powinniśmy koncentrować się na inwestycjach, które pozwoliłby nadrobić zaległości technologiczne względem USA i Chin.
Nie pamięta ile założył firm. Doszedł do 750 mln zł
Francuska gospodarka w ostatnich kilku latach faktycznie rozwijała się szybciej niż niemiecka, ale w najbliższym czasie to Niemcy zdają się mieć lepsze perspektywy. Rząd Friedricha Merza może sobie pozwolić na wzrost wydatków publicznych, podczas gdy francuski rząd musi zaciskać pasa, aby sprowadzić deficyt budżetowy poniżej 3 proc. PKB z około 6 proc. w tym roku. Czy unijne reguły fiskalne, które to narzucają, są zbyt restrykcyjne? Gdyby nie one, Francja też mogłaby pozwolić sobie na ekspansywną politykę fiskalną?
Nie sądzę. To nie liczby zapisane w unijnych traktatach czy w krajowych ustawach zmuszają Francję i niektóre inne kraje UE do zmniejszenia deficytu budżetowego. Dyscyplinę fiskalną rządom narzucają też w pewnym stopniu rynki finansowe. Gdy dług publiczny staje się tak duży, że koszty jego obsługi pochłaniają znaczą część budżetu państwa, inwestorzy żądają wyższego oprocentowania obligacji skarbowych. A to tylko pogłębia problem. Francja musi bardzo uważać, aby nie znaleźć się w takiej sytuacji.
Nadmierny deficyt w finansach publicznych jest u nas faktem. Tymczasem główne siły polityczne nie mogą uzgodnić, które wydatki należy ograniczyć, a podatki we Francji już są wysokie na tle innych państw rozwiniętych, co sprawia, że trudno też o zwiększenie dochodów państwa.
Hiszpania, Grecja i Portugalia pokazały jednak, że choć polityka oszczędności jest bolesna, to na dłuższą metę przynosi korzyści. We Francji za półtora roku odbędą się ważne wybory. Trzeba przygotować wyborców na to, że będą musieli zdecydować między demagogią a wiarygodnym programem, który w akceptowalny sposób rozdzieli konieczne wyrzeczenia między różne grupy społeczne.
Głośny raport Mario Draghiego z ubiegłego roku sugerował, że Europa jest skazana na niemrawy wzrost gospodarczy, jeśli nie uda się jej rozwinąć tak prężnego sektora technologicznego, jaki istnieje w USA. Były prezes EBC pisał, że Europa przegapiła cyfrową rewolucję wywołaną pojawieniem się Internetu. Teraz, jak się wydaje, świat jest u progu kolejnej rewolucji technologicznej w związku z rozwojem AI. W tym obszarze Europa też ma jednak zaległości. Jesteśmy w stanie je jeszcze nadrobić?
Nie mamy wyboru, musimy je nadrobić. Draghi ma rację, że Europa przez całe dekady inwestowała zbyt mało w nowe technologie. Takie inwestycje przekładają się na wzrost PKB nie tylko bezpośrednio, jako źródło dodatkowego popytu, ale też pośrednio, zwiększając produktywność czynników produkcji.
Jeśli nadal takich inwestycji będzie za mało, produktywność w Europie będzie coraz bardziej odstawała od produktywności w USA, a wzrost PKB na mieszkańca się zatrzyma. Wtedy gospodarka będzie działała zgodnie z logiką gry o sumie zerowej: aby ktoś zyskał, ktoś inny będzie musiał stracić.
To będzie zaostrzało napięcia społeczne i pogłębiało podziały polityczne.
Co pańskim zdaniem było główną przyczyną tego, że Europa nie inwestowała wystarczająco dużo w nowe technologie, mimo że całkowita stopa inwestycji w UE wcale nie była niższa niż w USA?
Podstawowym problemem był i jest brak kapitału. Inteligentni ludzie i dobre pomysły same w sobie nie wystarczą. Jeśli nie ma inwestorów gotowych finansować rozwój tych pomysłów, powstaje coś, co określam mianem technologicznego bonsai. Innowacje pozostają tylko innowacjami, nie mogą się naturalnie rozwijać, nie mają realnego wpływu na gospodarkę i społeczeństwo.
Jako barierę dla inwestycji wskazuje się też często europejską biurokrację i nadmiar regulacji.
To rzeczywiście nie pomaga, ale też jest częścią naszego modelu gospodarczego, który Europejczycy co do zasady cenią. Te regulacje, chroniąc pracowników i konsumentów, przyczyniają się do spójności społecznej. Nie możemy więc z nich całkowicie rezygnować.
Ryzyko polega na tym, że jeśli nie będziemy inwestować i tak tę spójność stracimy, właśnie z powodu stagnacji, braku postępu. Dlatego regulacji nie można tworzyć z założeniem, że zmiany technologiczne są z definicji zagrożeniem i trzeba przed nimi chronić społeczeństwo. Przeciwnie, transformacja technologiczna stwarza ogromne możliwości, ale trzeba nią właściwie zarządzać, aby nie pogłębiała nierówności, nie budowała przepaści między wygranymi a przegranymi.
Jeśli Europa nie weźmie udziału w obecnej rewolucji technologicznej związanej z AI, zostawiając ją w rękach USA i Chin, stracimy możliwość kształtowania naszej przyszłości. Większość Europejczyków będzie wtedy przegranymi.
Wychodząc od diagnozy, że w Europie brakuje kapitału gotowego finansować innowacyjne, ale ryzykowne z natury przedsięwzięcia, zaproponował pan we Francji program, określany powszechnie mianem „Inicjatywy Tibi’ego”. Celem było zmobilizowanie inwestorów, aby zainteresowali się start-upami. Jak ocenia pan efekty tego programu po niemal sześciu latach?
Ten program miał przekształcić oszczędności w kapitał. Między tymi pojęciami jest bowiem duża różnica. W UE jest około 35 bln euro oszczędności. Dla porównania, Mario Draghi w raporcie szacuje, że zasypanie luki technologicznej względem USA wymaga inwestycji na poziomie około 4 bln euro.
To jest duża kwota, ale nie astronomiczna w kontekście tych oszczędności. Przekształcanie oszczędności w kapitał to rola inwestorów instytucjonalnych. W Europie przyjęło się jednak, że tacy inwestorzy nie powinni angażować się w ryzykowne klasy aktywów. To stoi w sprzeczności z podstawową zasadą zarządzania portfelem inwestycyjnym, czyli jego dywersyfikacją. Dywersyfikacja obniża ryzyko inwestycyjne całego portfela, nawet jeśli niektóre jego składowe z osobna są obarczone dużym ryzykiem.
Profesjonalni inwestorzy oczywiście doskonale to rozumieją, ale koszty ewentualnej porażki jawią im się jako tak duże, że nie są skłonni do zaangażowania w ryzykowne aktywa, o ile nie robią tego też inni. Zanim mój projekt ruszył, poświęciliśmy dużo czasu na tłumaczenie tego mechanizmu.
Próbowaliście zmienić przyzwyczajenia europejskich inwestorów, aby stali się mniej konserwatywni?
Tak, działając pod auspicjami rządu, przekonywaliśmy inwestorów, że zarówno ryzyko, jak i korzyści, będą współdzielone. Osłabiliśmy ich obawy przed osobistą porażką, dzięki czemu udało się wciągnąć ich w projekt, który jest opłacalny nie tylko dla Francji, ale też dla każdego z nich.
Dziś w tym programie uczestniczy 37 inwestorów instytucjonalnych, z których 2/3 to ubezpieczyciele. Łącznie w ciągu pięciu lat zainwestowali w innowacyjne firmy około 14 mld euro. To oczywiście wciąż kropla w morzu potrzeb, ale od czegoś trzeba zacząć. Na razie ci inwestorzy wciąż uczą się, jak działa rynek innowacji. Mogą wybierać spośród 150 zatwierdzonych przez nas funduszy venture capital, każdy z nich ma więc nieco inny portfel.
Teraz będziemy dążyli do tego, żeby coraz więcej pieniędzy trafiało do przedsiębiorstw zajmujących się deep-techem – przełomowymi technologiami, trudnymi do skopiowania – bo na dłuższą metę właśnie to będzie budowało europejską własność intelektualną, gwarantowało nam autonomię technologiczną i zyski. To wymaga lepszego połączenia świata nauki ze światem biznesu.
Europa dysponuje bardzo dobrą bazą badawczą, która pod względem jakości publikacji naukowych i patentów nie ustępuje amerykańskiej. Mamy jednak kłopot z przełożeniem wyników tych badań na przedsięwzięcia biznesowe.
Zaskoczyła mnie informacja, że część pieniędzy zmobilizowanych w ramach pańskiej inicjatywy jest inwestowana w USA. Czy to nie oznacza, że wbrew temu, co pan powiedział, w Europie brakuje dobrych pomysłów?
Nie, to jest tylko kwestia dywersyfikacji. Nie mogliśmy przekonywać inwestorów, że w tej inicjatywie chodzi o dywersyfikację aktywów w portfelu, a jednocześnie odmawiać im prawa do dywersyfikacji geograficznej. Około połowa zebranych środków zostaje we Francji, 30 proc. trafia do innych państw UE, po 10 proc. do Wielkiej Brytanii i USA, a niewielka część do Chin.
Taka dywersyfikacja sprzyja dobrym wynikom, a one z kolei przyciągają kolejnych inwestorów. Lepiej mieć 15 mld euro zainwestowanych w połowie w spółki technologiczne we Francji niż tylko 2 mld euro zainwestowane wyłącznie we Francji.
Dzięki geograficznej dywersyfikacji portfeli uczestnicy programu są na bieżąco z rozwojem technologii i mają możliwość porównywania, jak rodzime spółki wypadają na tle zagranicznych. Obecność na amerykańskim rynku pozwala im też nauczyć się inwestowania w publiczne (giełdowe – red.) spółki technologiczne. W Europie takich firm praktycznie nie ma. A chcielibyśmy, aby się pojawiły, bo wejście na giełdę to dla spółek technologicznych gwarancja niezależności.
Według danych Eurostatu w 2024 r. Francja przeznaczyła na badania i rozwój równowartość 2,2 proc. PKB. To nawet nieco mniej niż dekadę wcześniej. Czy to nie jest świadectwo, że pańska inicjatywa jak dotąd przynosi znikome efekty?
Absolutnie nie. Od początku było dla mnie oczywiste, że zwiększenie dostępności kapitału dla start-upów nie będzie miało żadnego przełożenia na gospodarkę jako całość przez wiele, może nawet 10 lat.
Proszę pamiętać, że wydatki na badania i rozwój kształtują przede wszystkim duże firmy. Przedsiębiorstwa, którym pomagamy się rozwijać, na razie są małe. Trzeba dać im czas. Amerykańscy giganci z tzw. wspaniałej siódemki (Alphabet, Amazon, Apple, Meta, Microsoft, Nvidia, Tesla) jeszcze 20 lat temu też mieli znikomy wpływ na amerykańską gospodarkę. Niektórych z nich w ogóle nie było.
Musimy zachować cierpliwość, rozumiejąc przy tym, że to nie jest przyzwolenie na bezczynność. Mam nadzieję, że za dwa lub trzy lata we Francji zobaczymy już debiuty giełdowe spółek wycenianych na 10 mld euro. To będą wzorce, które pociągną za sobą falę innych debiutów.
Pańska inicjatywa stała się inspiracją dla ogłoszonego niedawno w Polsce programu Innovate Poland. Celem jest zgromadzenie około 8-12 mld euro na inwestycje w start-upy, ale połowa tej puli będzie pochodziła od instytucji publicznych, takich jak PFR. Jaka była rola pieniędzy publicznych we Francji? Czy to dobry pomysł, aby państwo angażowało się w finansowanie start-upów i innowacji?
Gdy rynek zawodzi, tymczasowe interwencje rządu są uzasadnione. Pułapką może być wypieranie pieniędzy prywatnych lub finansowanie projektów-pupilków bez żadnej wartości ekonomicznej. Krótko mówiąc, sektor publiczny może pełnić tylko rolę pomostu, po którym przejdą prywatni inwestorzy, aby mogli wykonać swoją pracę.
We Francji środki publiczne okazały się bardzo użyteczne w tworzeniu ekosystemu funduszy venture capital. Natomiast w przypadku głębokich technologii (deep tech) publiczne pieniądze muszą być zaangażowane dłużej, ponieważ takie projekty zwykle potrzebują więcej czasu, aby zacząć generować dodatnie przepływy pieniężne. Ale i tutaj selekcja oraz wycofywanie się ze złych projektów mają kluczowe znaczenie.
Skoro hamulcem unijnej gospodarki jest to, że start-upy nie są w stanie osiągnąć odpowiedniej skali, to czy rozwiązań nie należy szukać na szczeblu europejskim? Inaczej mówiąc, czy zamiast tworzyć krajowe ekosystemy technologiczne, nie powinniśmy raczej skoncentrować się na budowie unii rynków kapitałowych i znoszeniu barier na wspólnym rynku?
Inicjatywy unijne i oddolne inicjatywy krajowe nie wykluczają się wzajemnie. Nawet paneuropejskie programy inwestycyjne wymagają kompetentnych podmiotów, które będą je realizowały. Te umiejętności muszą być obecne w każdym kraju, a najłatwiej je wykształcić w ramach lokalnych inicjatyw. Nie wydaje mi się, aby czekanie aż UE dostarczy remedium na deficyt inwestycji technologicznych w Europie było dobrym pomysłem. Tym bardziej że po publikacji raportu Draghi’ego na szczeblu UE widać raczej apatię.
Powiedział pan, że deficyt inwestycji w rozwój technologii w Europie to głównie kwestia braku kapitału. Istnieje jednak jeszcze inna diagnoza. Zdaniem Benjamina Schoefera, problemem jest też pewna sztywność gospodarki, która przejawia się tym, że Europejczycy znacznie rzadziej niż Amerykanie zmieniają pracę, a firmy rzadziej bankrutują, ustępując miejsca nowym. Krótko mówiąc, w Europie coś hamuje tzw. kreatywną destrukcję. Czy to nie oznacza, że bez względu na to, ile pieniędzy przeznaczymy na badania i rozwój oraz start-upy, nie staniemy się drugą Ameryką, ponieważ wymagałoby to głębokiej zmiany stylu życia Europejczyków?
Sądzę, że niewielu Europejczyków marzy o tym, aby UE stała się drugą Ameryką. Przyjmijmy więc, że z powodów politycznych niektóre europejskie ramy regulacyjne, w szczególności prawo pracy, pozostaną niezmienione. Czy to jest poważny problem? Nie widzę, aby europejski sektor technologiczny miał w tej chwili kłopoty z restrukturyzacją. Nie słyszałem o żadnej prężnie rozwijającej się firmie technologicznej, która upadła, ponieważ nie mogła dostosować poziomu zatrudnienia.
Nie spotkałem się też z tym, aby takie firmy jak ASML, SAP czy Dassault Systèmes (francuski producent oprogramowania do wizualizacji 3D; jedno z nielicznych liczących się na świecie przedsiębiorstw technologicznych, którymi pochwalić może się UE – red.) skarżyły się na sztywność rynku pracy. Oczywiście, w dojrzałych sektorach dyskusja o tym, że restrukturyzacja jest zbyt trudna, może być zasadne. Ale nie dotyczy to akurat sektora technologicznego. Natomiast odwracanie oczu od tego, że problemem jest deficyt kapitału, to najlepsza droga do bierności w obliczu problemu, z którym mierzy się Europa.
Źródło:money.pl












Dodaj komentarz