Bez sojuszników. Rozpada się kamień węgielny polskiej polityki bezpieczeństwa

niezależny dziennik polityczny

Na naszych oczach rozpada się kamień węgielny polskiej polityki bezpieczeństwa zbudowany przez nasz udział w NATO w 1999 r. oraz przez obecność wojsk amerykańskich w Europie. Nasze bezpieczeństwo od strony formalnej miał gwarantować, wielokrotne przypominany słynny już artykuł 5 tego Sojuszu Północnoatlantyckiego oraz wyjątkowo dobre stosunki polsko-amerykańskie, które w politycznych kręgach Europy Zachodniej przyniosły nam opinię amerykańskiego konia trojańskiego w Unii Europejskiej. Obecnie, w kończącym się pierwszym kwartale 2025 r. wszystkie te filary naszego bezpieczeństwa wydają się zagrożone. Polsce ze względu na zarysowujący się nowy układ geopolityczny w świecie grozi strategiczne osamotnienie.

Dla naszej analizy niezbędne jest zapoznanie się z treścią art. 5 The North Atlantic Treaty Organization, bo tak brzmi pełna nazwa sojuszu zwanego NATO. Artykuł ten był przez lata przedstawiany nam przez media jako gwarancja bezpieczeństwa, polegająca na tym, że w przypadku zaatakowania Polski przez obce państwo lub organizację, nasi sojusznicy przyjdą nam ze zbrojną pomocą.

Zwodniczy artykuł

Artykuł ten nie jest wynikiem zmieniającej się koniunktury geopolitycznej. On istniał od początku powstania NATO, ale był w powszechnej świadomości interpretowany niezgodnie ze swoją treścią i faktycznym sensem.

„Art.5 – Strony zgadzają się, że zbrojna napaść na jedną lub więcej z nich w Europie lub Ameryce Północnej, będzie uznana za napaść przeciwko nim wszystkim i dlatego zgadzają się, że jeżeli taka zbrojna napaść nastąpi, to każda z nich, w ramach wykonywania prawa do indywidualnej lub zbiorowej samoobrony, uznanego na mocy artykułu 51 Karty Narodów Zjednoczonych, udzieli pomocy Stronie lub Stronom napadniętym, podejmując niezwłocznie, samodzielnie, jak i w porozumieniu z innymi Stronami, działania, jakie uzna za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej, w celu przywrócenia i utrzymania bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego”.

Oznacza to, że nasi sojusznicy mogą, ale nie muszą nam przyjść ze zbrojną pomocą. Mówi o tym zdanie zawierające passus „działania, jakie uzna za konieczne”. Może uznać np., że wystarczy pomoc w sprzęcie, humanitarna, ale nie zbrojna w sensie przysłania tu swojej czy swoich armii. W dalszej części tego artykułu jest napisane, że „o każdej takiej zbrojnej napaści i o wszystkich podjętych w jej wyniku środkach zostanie bezzwłocznie powiadomiona Rada Bezpieczeństwa. Środki takie zostaną zaniechane, gdy tylko Rada Bezpieczeństwa podejmie działania konieczne do przywrócenia i utrzymania międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa”.

Musimy sobie jasno powiedzieć, że jeśli zostaniemy napadnięci to w świetle artykułu nr 5 niewykluczone, że możemy zostać sami, na pewno przez pierwsze tygodnie wojny, a nie wiadomo, jak będzie później. Jest to najbardziej prawdopodobny scenariusz.

Znany polski geopolityk Marek Budzisz pisze wręcz o tym wprost. Na tylnej okładce swojej książki „Samotność strategiczna Polski” zawarł następującą sentencję: „Z wojskowego punktu widzenia będziemy zdani jedynie na siebie, naszych sojuszników regionalnych i na Stany Zjednoczone. Wojnę będziemy musieli przez długi czas toczyć w samotności”.

To optymistyczna wersja rozwoju sytuacji napisana 3 lata temu. Obecnie pod dużym znakiem zapytania stoi wiarygodność Ameryki jako sojusznika w stosunku do zagrożeń na wschodniej flance NATO oraz w ogóle obecność Stanów Zjednoczonych w Europie i ich dalszy udział w NATO.

Jak Amerykanie podminowali relację z Polską

W połowie XIX wieku podczas Wiosny Ludów Austria nie mogła poradzić sobie z buntem Węgrów i zwróciła się o pomoc do cara Rosji Mikołaja I. Rosyjski autokrata, kierując się względami ideologicznymi (braterstwo monarchów przeciw rewolucji, zasady Świętego Przymierza), tej pomocy udzielił i zdusił węgierskie powstanie. Kiedy kilka lat później Rosja znalazła się w wojnie z Francją, Anglią i Turcją, car liczył na pomoc Austrii. Jednak cesarz Franciszek I nie tylko nie udzielił pomocy, ale wysłał swoją armię na granicę z Rosją, demonstrując nieprzyjazną neutralność. Dla Rosji rywalizującej z monarchią Habsburgów na Bałkanach lepiej byłoby pozwolić na rozpad tej monarchii na Austrię i Węgry. W ten sposób carowie zamiast dużej monarchii mieliby za konkurenta jej połówkę, w dodatku zagrożoną austriackim rewanżyzmem. Dla Mikołaja I ważniejsze od interesów narodowych Rosji była ideologia.

Decyzja Mikołaja to klasyczny przykład, jak kierowanie się ideologią zamiast własnymi interesami prowadzi do porażki. Przykładów tego rodzaju zaczadzenia ideologią nie brakowało też przy największych konfliktach XX w. Można przypomnieć niemiecką manię narodu panów, ideologię, która uniemożliwiła dogadanie się ze Słowianami, uznanymi za podludzi i przeciągnięcie ich na swoją stronę podczas wojny ze Związkiem Sowieckim w II WŚ, czy zmarnowane sowieckie miliardy dolarów wydawane na szerzenie komunizmu na świecie. Mamy też przykłady z obecnego wieku. Wydawanie miliardów dolarów przez Iran na szerzenie szyizmu w Ameryce Łacińskiej, gdzie go nikt nie chce.

Nam najbliższy jest przykład naszego kraju. Polska w XXI wieku jest uważana za wzorowego sojusznika USA w tej części Europy i za jednego z najlepszych na naszym kontynencie. Ten układ był korzystny dla obu stron. Jednakże, kiedy do władzy w USA doszedł Joseph Biden i demokraci, Amerykanie kierując się ideologią, postawili na upadek rządu PiS-u. Partia Jarosława Kaczyńskiego straciła władze oczywiście głównie z powodu własnych błędów, ale ekipa Bidena także pracowała nad tym. Wystarczy przypomnieć jawne popieranie opozycji przez ambasadora USA Marka Brzezinskiego, czy finansowe dotacje dla polskich organizacji o profilu lewicowo-liberalnym. Ta polityka oparta o wspólnotę poglądów ideologicznych między administracją prezydenta Bidena i jego partnerami w Polsce ignorowała w znacznej mierze interesy narodowe USA, ponieważ ci, na których stawiano, reprezentowali opcję nie amerykańską, tylko berlińsko-brukselską.

Jak Polacy podminowali relacje z USA

Kierowanie się ideologią ma również miejsce w odwrotnym przypadku. W 2021 r. Radosław Sikorski pisał na Facebooku: „dla proto-faszystów jak Trump…”.

Jego amerykańska żona p. Anne Appelbaum porównywała Trumpa do Mussolinego, Hitlera i Stalina. Najbardziej jest znana wypowiedź Donalda Tuska, który obwinił swojego imiennika, „że jego zależność od rosyjskich służb dzisiaj już nie podlega dyskusji”. Dodał, że amerykańskie służby, nie wykluczają, że „Trump został wręcz zwerbowany przez rosyjskie służby 30 lat temu”. Tego rodzaju wypowiedzi, niewątpliwie inspirowane ideologiczną wrogością, nie powinny być nigdy wygłaszane przez czynnych polityków, ponieważ są spaleniem mostów. One także kwestionują profesjonalizm osób wypowiadających takie opinie. Sugerowanie, że Donald Trump może być agentem obcego państwa, może pisać dziennikarz czy publicysta, ale nie czynny polityk, niezależnie od tego, czy jest to prawda, czy nieprawda. Tusk, który wtedy również mówił o Trumpie, że „moim zdaniem ma małe szanse wygrania kolejnych wyborów”, obecnie musi konfrontować się z faktem, że osoba, którą tak negatywnie oceniał, jest prezydentem USA.

Wygląda na to, że tandem Tusk-Sikorski jest nie tylko lekceważony w Białym Domu, ale w przypadku Tuska on jest zupełnie ignorowany. O stosunku do nich świadczy znana wypowiedź Elona Muska, doradcy prezydenta Trumpa, który zwrócił się do Sikorskiego: „Cicho bądź, mały człowieku”. To niespotykane potraktowanie ministra zaprzyjaźnionego państwa świadczy, że Amerykanie nie chcą już żadnych poważniejszych negocjacji z ekipą Tuska i stawiają na jej upadek. Jak to ma się odbyć? Nie wiadomo. Warto jednak przypomnieć sprawę przed dekady, kiedy katalizatorem zmiany politycznej była afera podsłuchowa, czyli nagrania polityków w kilku restauracjach.

Scenariusz odmowy

Obecna sytuacja jest wielce niepewna. Nowy prezydent USA chce budować inny polityczny i geopolityczny świat. Czy zmieni się pozycja Polski? Możliwe, ale raczej na gorsze. Warto przypomnieć, że podczas II WŚ Polska była lojalnym, bezkompromisowym i wiernym od początku do końca sprzymierzeńcem mocarstw zachodnich, codziennie tracąc prawie 2800 swoich obywatel przez pięć i pół roku. I co otrzymała na koniec od swoich sprzymierzeńców? Teheran i Jałtę.

Obecna sytuacja jest podobna. Polska jest sojusznikiem USA. Czy to nas ochroni przed złym losem? Spójrzmy na fakty. Prezydent Andrzej Duda mający bardzo dobre relacje z prezydentem Trumpem nie został zaproszony na inaugurację prezydentury. Kiedy przybył do USA to zamiast zapowiadanego półgodzinnego spotkania, amerykański prezydent poświęcił mu zaledwie 8 minut. Kiedy prezydent Duda ostatnio stwierdził, że chciałby, żeby amerykańska broń atomowa trafiła do Polski w ramach natowskiego programu Nuclear Sharing, to ta wypowiedź spotkała się z gniewną reakcją wiceprezydenta Jamesa Vance’a. Czy te zdarzenia coś znaczą? Nie przywiązywałbym do nich większego znaczenia, ale też bym ich nie lekceważył. Amerykanie nie odkryli jeszcze wszystkich kart w sprawie Ukrainy ani w sprawie nowego porządku w świecie. Mają zapewne kilka scenariuszy, a wśród nich – jak można domniemywać – i taki, który może nas bardzo zaboleć. Dlatego też usztywniają relację z Polską, a wypowiedzi tandemu Tusk-Sikorski są doskonałym pretekstem, żeby kiedy będzie potrzebne, powiedzieć: nie możemy współpracować z Polską, skoro ich przywódcy obrażają naszego prezydenta. Należy tu przypomnieć, że gdy Trump dogadał się Erdoganem podczas swojej pierwszej kadencji, to porzucił swoich kurdyjskich sprzymierzeńców, którzy pomogli rozbić ISIS, mówiąc, że Kurdowie nie pomogli podczas lądowania w Normandii!

Co robić

Polska się budzi, ale nasze zbrojenia nie wystarczą. Ten sam premier, za którego rządów zawieszono 15 lat temu zasadniczą służbę wojskową, co ma obecnie negatywny wpływ na naszą obronność, ogłasza teraz, że chciałby przeszkolić wszystkich mężczyzn w Polsce. To krok w dobrym kierunku. W ubiegłych latach wielokrotnie pisałem o potrzebie dywersyfikacji naszych relacji i nie opieraniu się tylko na pomocy USA. Bezskutecznie. Rząd PiS-u widział jedynie Amerykę i deprecjonował inne kierunki, np. ograniczył możliwość rozwoju stosunków z Chinami, jedynym państwem mającym oprócz USA realny wpływ na politykę Rosji, a Pekinowi bardzo zależało na rozwoju tych relacji. Można było działać inaczej. Viktor Orban pokazuje, że można mieć jednocześnie dobre stosunki z Waszyngtonem i Pekinem. Dziś, kiedy zmniejszenie zaangażowania USA w naszym regionie przestało być tylko rozważaniem teoretycznym, Tusk spalony w Białym Domu zwraca się ku Zachodniej Europie, która się sama rozbroiła oraz ku państwom regionalnym. Zacieśnienie relacji z Turcją i państwami skandynawskimi jest jak najbardziej potrzebne, ale też trzeba podkreślić, że Szwecja i Turcja, szczególnie ta pierwsza, nam pomogą, ale tylko w ramach NATO, czyli wielkiego militarnego paktu, który ma przewagę nad Rosją. W przypadku rozpadu NATO, Szwecja się zastanowi, czy angażować się w pakt szwedzko-polsko-turecki, ponieważ ma do obrony długie wybrzeże i słabą marynarkę wojenną, których nie zrekompensuje dobre szwedzkie lotnictwo i wątpliwe jest, żeby w tej sytuacji pomogła nam, wysyłając swoje wojska, kiedy zostaniemy zaatakowani. Turcja natomiast ma zupełnie inne priorytety. Pierwszy to kierunek syryjski i Kurdowie, drugi to wypychanie wpływów Rosji z Kaukazu, trzeci to Ukraina.

Ściślejsza obecnie współpraca militarna ze Sztokholmem i Ankarą to absolutna konieczność, ale nie zastąpi ona pomocy USA, jeśli Trump wycofa się z naszego regionu. Jedynym pełnym substytutem amerykańskiej pomocy jest posiadanie własnej broni atomowej, ponieważ potencjalny agresor musiałby liczyć się z naszym atomowym odwetem. Nie przypadkowo dyktatorzy, tacy jak Kadafi czy Saadam Husajn, którzy nie zdążyli zbudować własnej broni atomowej, nie żyją, a dynastii Kimów w Korei Północnej nikt nie planuje zaatakować. Nie przypadkowo również premier Binjamin Netanjahu chce zaatakować Iran, zanim ten zbuduje swoją broń atomową. Inaczej jest w przypadku tzw. parasola atomowego. Wyobraźmy sobie, że mamy taką broń, a Rosjanie uderzą atomem w Wilno. Czy odpowiemy im atomowo? Nie, ponieważ jeśli zrzucimy bombę na jakieś rosyjskie miasto, to Rosjanie w odwecie eksterminują wybrane nasze. Taka jest też wartość propozycji francuskiego parasola atomowego, gdzie finalną decyzję podejmie francuski prezydent. Oczywiście francuską propozycję, gdy nie mamy własnej broni jądrowej, należy przyjąć. Lepszy rydz niż nic.

Źródło: nczas.info

Więcej postów

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*