W gospodarce widać brak platformy do debaty pomiędzy przedsiębiorcami i rządem – ocenia w rozmowie z WNP PL prezes Grupy Kruk Piotr Krupa. Jego zdaniem w rządzie brakuje koordynacji, centrum rozdającego zadania i egzekwującego konkretne rozwiązania. – Niestety, chyba musi przyjść potężny kryzys gospodarczy, bo na razie nie widać nawet zalążka zmian, brakuje podstawowych strategii – dodaje.
- – Niezależnie, jakby to można było oceniać, stawiam taką tezę, że gdyby nie gen liberalizmu, nie bylibyśmy w tym miejscu, w których teraz jesteśmy – uważa prezes Grupy Kruk Piotr Krupa.
- – Potrzebne jest stworzenie bardzo prostego rozwiązania – zbudowanie prawdziwego forum dialogu, w którym przedsiębiorcy będą partnerami do rozmowy i nie będą traktowani po macoszemu czy wręcz źle – podkreśla Piotr Krupa w rozmowie z WNP PL.
- – Skoro Polska ma być hubem finansowym tej części Europy, to ja się pytam: co to oznacza w praktyce? Czy ktoś pochylił się nad tym, zrobił analizy i przedstawi strategię, aby zachęcić przedsiębiorstwa do wprowadzenia spółek na giełdę? – pyta nasz rozmówca.
- Portal WNP PL obchodzi w tym roku 25-lecie. Specjalny, jubileuszowy projekt „25 na 25 WNP PL” to cykl rozmów z 25 osobami, które w godny uwagi sposób współkształtowały i współkształtują gospodarczy obraz naszego kraju. W wywiadach poruszamy najważniejsze dla rozwoju polskiej gospodarki kwestie. Niniejsza rozmowa jest jedną z serii, której podsumowanie planowane jest na Europejskim Kongresie Gospodarczym (23-25 kwietnia 2025 r.).
Co w ciągu ostatnich 25 lat było najważniejszym wydarzeniem, które wpłynęło na polską gospodarkę?
– Myślę, że nie będę oryginalny. Należę akurat do grona przedsiębiorców z pokolenia, które pamięta rok 1989. Teraz spotykam też biznesmenów, którzy są dziś czterdziestolatkami – i oni tego nie pamiętają. Odwołują się natomiast do słynnej ustawy Wilczka (ustawa z dnia 23 grudnia 1988 r. o działalności gospodarczej – przyp. red.), która wprowadziła największą przemianę, umożliwiającą nam prowadzić własną działalność gospodarczą.
Choć trudno to sobie dziś wyobrazić, ale „przeciętny Kowalski” nie mógł mieć wtedy własnego biznesu, rozwijać go i – zgodnie ze swoim pomysłem – realizować swoich planów życiowych. Druga kwestia, która była – moim zdaniem – ważna, to plan Balcerowicza (program reform gospodarczo-ustrojowych, mających na celu odejście od gospodarki scentralizowanej i przejście do gospodarki rynkowej, którego realizacja rozpoczęła się 1 stycznia 1990 r. – przyp. red.).
Wicepremier Leszek Balcerowicz był krytykowany, miał poważnych przeciwników, ale trudno nam dzisiaj powiedzieć, jaka mogłaby nas czekać inna rzeczywistość, gdybyśmy poszli inną drogą…
Możemy się jednak porównać do państw z naszego regionu, które – tak jak my – wychodziły z realnego komunizmu do wolnej gospodarki. Polska jest dziś prymusem!
Spośród tzw. demoludów przewodzimy w całej stawce państw
Niezależnie, jakby to można było oceniać, stawiam taką tezę, że gdyby nie gen liberalizmu, nie bylibyśmy w tym miejscu, w którym teraz jesteśmy.
Jako naród, jako przedsiębiorcy, wreszcie jako gospodarka wyprzedziliśmy Czechów, Węgrów, Rumunów. Spośród tzw. demoludów przewodzimy w całej stawce.
Następny krok nastąpił w 2004 r. – i tu mówię o referendum i wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej. To był absolutnie milowy krok. Nie tylko otworzyły się przed nami rynki i skorzystaliśmy z tego dobrodziejstwa, jakim jest wolność przepływów towarów, usług i szeroko rozumianej przedsiębiorczości.
Unia dała nam parasol, płaszcz prawny, ramy, które pozwoliły nam funkcjonować w nowych realiach. Dzisiaj możemy rozmawiać o przeregulowaniu, ale wtedy – ponad 20 lat temu – proces akcesyjny pokazał, że jest to wieloletni wysiłek: przygotowania gospodarki, instytucji do bycia nowoczesną, zachodnioeuropejską czy teraz – już po prostu – europejską strukturą.
Już mało kto pamięta, że przed 2004 r. przez polski parlament – a jestem akurat prawnikiem, więc mogę to ocenić – przetoczyły się setki zmian prawnych, które przybliżały nas do tej kultury zachodnioeuropejskiej.
A dziś jakie mamy otoczenie prawne do prowadzenia działalności gospodarczej? Czy można zdefiniować, gdzie właściwie jest punkt krytyczny dotyczący zaniechań w tej dziedzinie?
– Nie jestem w stanie wskazać, co jest punktem krytycznym między hamulcem a gazem…
W gospodarce widać brak platformy do debaty pomiędzy przedsiębiorcami i rządem.
Wszystkie tematy, które stanowią problem (w rozumieniu przeregulowania) i te wszystkie rozwiązania, na które tak bardzo czekamy, żeby to wreszcie uporządkować, nie są podejmowane.
Z jednej strony mamy inflację prawa, a z drugiej – pytamy, „kiedy wejdą w życie nowe przepisy?”. Moim zdaniem to pokazuje, że jest paląca potrzeba stworzenia bardzo prostego rozwiązania – zbudowania prawdziwego forum dialogu, w którym przedsiębiorcy będą partnerem do rozmowy i nie będą traktowani po macoszemu czy wręcz źle.
Potrzebujemy platformy wymiany informacji, ale nie po to, aby była ciałem fasadowym. Nie chodzi o pseudokonsultacje, wysyłanie pism do zaopiniowania przez organizacje biznesowe. Takich spraw do rozwiązania jest naprawdę dużo. Rozumiem, że rząd może spytać, „ale z kim my mamy rozmawiać? Co to znaczy z przedsiębiorcami, z którymi konkretnie?”.
Jest wiele organizacji zrzeszających przedsiębiorców – to może w pierwszym kroku ustalmy, jakie trzeba spełnić warunki, żeby dana organizacja mogła być rzeczywistym partnerem do dyskusji?
Pytanie, na które nie ma dziś odpowiedzi, brzmi: kto odpowiada w rządzie za gospodarkę?
Rozumiem, że to jest jednak element wtórny, bo dopóki nie ma motywacji ze strony rządu, aby prowadzić otwarty dialog w sprawie zmian w gospodarce, dopóty sprawy nie da się posunąć do przodu?
– Jestem przedsiębiorcą, który prowadzi duże przedsiębiorstwo, jedno z większych w naszym kraju. Kruk to spółka giełdowa, wchodzi w skład WIG20.
Na pytanie, kto w rządzie jest odpowiedzialny za gospodarkę, kto jest naturalnym łącznikiem, odpowiadam po prostu: nie wiem.
Nie wiem, do kogo mam się zwrócić, bo każdy odpowiada za kawałek swojego poletka. Kiedyś bym odpowiedział, że Balcerowicz ma swój plan; później, że Hausner odpowiada za gospodarkę.
Jest tak od naprawdę wielu lat i nie dotyczy to tylko ostatniego rządu. Obie dominujące w polskim życiu politycznym partie po macoszemu traktują takiego partnera społecznego, jak przedsiębiorcy. Warto postulować, żeby taki ośrodek decyzyjny, z odpowiednim politycznym umocowaniem wreszcie w Polsce powstał.
My – z jednej strony – mówimy o podatkach, z drugiej – o wiatrakach, elektromobilności, przemyśle, rozwoju. To wszystko jest podzielone i przypisane do odpowiedzialności poszczególnych ministrów. Brakuje koordynacji, centrum rozdającego zadania i egzekwującego przygotowania rozwiązań.
Niestety, chyba musi przyjść potężny kryzys gospodarczy, bo na razie nie widać nawet zalążka zmian, brakuje podstawowych strategii.
Dla przykładu: kieruję spółką notowaną już od 14 lat na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, ale gdyby ktoś mnie spytał, „jaka jest polityka i strategia Polski wobec rynku kapitałowego?”, to nawet nie wiem, kto to przygotowuje i na jakim etapie jest ewentualne jej opracowanie…
Mam nadzieję, że minister finansów, Andrzej Domański, który zna ten rynek, za chwilę coś przedstawi.
To może niech prezes Giełdy Papierów Wartościowych przygotuje rozwiązania i przedstawi je rynkowi?
– Nie uważam, aby to właśnie było jego zadanie. Mam oczywiście szacunek do giełdy, do jej nowego prezesa i życzę mu jak najlepiej, ale on jest jednym z uczestników tej układanki.
Konieczna jest tu jednak decyzyjność na najwyższym szczeblu, po stronie politycznej, co do rozwiązań prawnych, tworzenia funduszy, stabilności rynku.
Skoro Polska ma być hubem finansowym tej części Europy, to ja się pytam: co to oznacza w praktyce? Czy ktoś się pochylił nad tym, zrobił analizy, przedstawi strategię, aby zachęcić przedsiębiorców do wprowadzania spółek na giełdę, inwestowania w fundusze itp.?
Dziś nie moglibyśmy wejść do strefy euro, ponieważ nie spełniamy podstawowych kryteriów
Prowadzę biznes w czterech walutach, w rozliczeniach uwzględniam koronę czeską, rumuńską leję, euro i złotego.
Jestem absolutnym zwolennikiem wejścia do strefy euro, ale dyskusja w tej kwestii toczy się w Polsce w jakimś absurdalnym kierunku. Ludzie się dzielą na przeciwników i zwolenników takiego rozwiązania. A my do strefy euro nie bylibyśmy w stanie wejść, ponieważ nie spełniamy podstawowych, brzegowych kryteriów, więc o czym my chcemy rozmawiać…
Możemy o strefie euro pomarzyć. Chciałbym jednak, abyśmy zaczęli o tym marzyć. Aby któryś z czołowych liderów politycznych powiedział odważnie „idźmy tą drogą”, nie bał się tzw. euro-drożyzny, ponieważ to jest fake news. Dla rozwoju gospodarki strefa euro jest absolutnie korzystna. Oczywiście, trzeba ustalić warunki przystąpienia do strefy.
Co jest dziś ważne w działaniach na rzecz wprowadzanie zielonej transformacji w unijnym biznesie?
– Powiedziałbym tak – po pierwsze: zdrowy rozsądek regulatorów, to znaczy myślenie nieżyczeniowe.
Podam tu za przykład regulacje dotyczące ESG. Myślę, że polscy przedsiębiorcy – szczególnie prowadzący biznesy średniej wielkości, bo ci najwięksi już to wiedzą – nie zdają sobie sprawy, jakie tsunami ich czeka.
Żeby sprostać tym wszystkim regulacjom dotyczącym wdrożenia zielonej transformacji, trzeba się przygotować, ale też ponosić wysokie koszty związane m.in. z monitoringiem tych rozwiązań. Oceniam, iż nie tędy droga, bo koszty są tak ogromne, niezrozumiałe, a zawiłość przepisów tak skrajnie duża, że efekty będą niewspółmierne do włożonego w to zaangażowania.
Jestem oczywiście zwolennikiem tego, żeby przedsiębiorstwa i państwa lepiej zadbały o środowisko i naszą planetę. Co do tego nie ma w ogóle dyskusji…
Pytanie o fundamentalnym znaczeniu brzmi: jak to zrobić, godząc różne interesy, pozwalając na utrzymanie konkurencji?
Mamy przecież Chiny, które są po Stanach Zjednoczonych największym emitentem gazów cieplarniach i CO2, a generalnie tym się nie przejmują. Teraz USA występują z Porozumienia paryskiego.
Europa chce być prymusem i za obronę swojej strategii przychodzi nam ponosić wysokie koszty.
W sprawie zielonej rewolucji należy zachować zdrowy rozsądek; w skrócie to, co nakreśliłem, zawiera się w tym stwierdzeniu.
Druga rzecz, którą chciałbym podnieść, to konieczność pozostawienia możliwości bycia konkurencyjnym. Możemy zostać prymusem, ale na samym końcu łańcucha konkurencyjnego. Podam przykład, dotyczący czterodniowego tygodnia pracy.
Postulat jest być może ciekawy, natomiast mój znajomy, który jest chińskim przedsiębiorcą, przedstawił mi swoje stanowisko. Powiedział: „My, jako Chiny, nie musimy niczego robić, bo wy sami, jako Europa, pozbywacie się konkurencyjności. Wprowadźcie ten czterodniowy tydzień pracy, to jeszcze droższe będą wasze produkty. Wy się sami na tym potkniecie”.
Zachęcam do odpowiedzi na pytanie, z czego bierze się bogactwo narodu… Uważam, że w naszym przypadku raczej z pracy, roztropności, oszczędności, dobrego prawa, a nie z nonszalancji urzędniczej i myślenia życzeniowego.
Źródło: wnp.pl







