
Jeśli nic się nie zmieni, to nasze dzieci i wnuki będą żyć już nie w blisko 40-, ale w niespełna 20-milionowej Polsce. Tak przynajmniej mówią rządowe prognozy. Jest jednak jeszcze gorzej. W dużo dalszej perspektywie populacja naszego kraju może spaść do ok. 2 mln ludzi. To mniej więcej tyle, ile dziś żyje w Warszawie. — To jedno z najpoważniejszych wyzwań dla Polski na najbliższe lata — mówi o tragicznej sytuacji demograficznej naszego kraju Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Rząd zapewnia, że problem widzi. — Potrzebne są działania tu i teraz — słyszymy.
- Populacja Polski w 2100 r. może spaść do ledwie 20 mln — wynika z prognoz zawartych w rządowej Strategii Demograficznej Polski
- Dziś tylu ludzi mieszka m.in. w takich krajach jak Malawi, Burkina Faso, Syria czy Mali
- W dużo dalszym horyzoncie nasz kraj może skurczyć się do poziomu dzisiejszej Warszawy. Przynajmniej jeśli chodzi o liczbę mieszkańców
- Zdaniem eksperta to jeden z najpoważniejszych problemów Polski w najbliższych latach. Obok transformacji energetycznej i rewolucji technologicznej
- W rządzie zapewniają, że problem widzą. Zapowiadają działania „tu i teraz”
W poniedziałek pisaliśmy w Business Insider Polska, że nasz kraj prawdopodobnie w 2024 r. zajmie ostatnie miejsce w Europie, jeśli chodzi o współczynnik dzietności. Ten spadł w minionym roku do poziomu 1,11. Gorsze wśród krajów OECD są tylko Korea Południowa i Chile.
To tylko jeden z elementów, który sprawia, że Polska wymiera. Rządowe prognozy przedstawiają perspektywy dla naszego kraju w bardzo ciemnych barwach. Sprawdziliśmy, co znajduje się w Strategii Demograficznej Polski, którą pod koniec 2022 r. przyjął poprzedni rząd.
Diagnoza jest, prognozy też. Fatalne
„Polska jest krajem w trudnej sytuacji demograficznej. Spadek dzietności, który od 1990 r. nie gwarantuje prostej zastępowalności pokoleń, był zasadniczym czynnikiem prowadzącym do momentu, w którym po wieloletnim okresie przewagi urodzeń nad zgonami, w 2002 r. po raz pierwszy pojawiło się zjawisko odwrotne. Od 2018 r. notowany jest znaczny wzrost różnicy między zgonami a urodzeniami, co oznacza wykształcenie się ujemnego przyrostu naturalnego” — czytamy we wstępie do rządowego dokumentu.
Trudno się z tym zresztą nie zgodzić. Jak wynika z danych GUS, w Polsce w 2024 r. urodziło się ledwie 250 tys. dzieci. Jednocześnie zmarło ponad 400 tys. osób. Łatwo policzyć, że tylko w ciągu roku nasz kraj naturalnie (czyli nie uwzględniając migracji) skurczył się o ponad 150 tys. osób. To miasto wielkości Zielonej Góry czy Rybnika.
A w poprzednich latach, gdy szalała pandemia koronawirusa, dane dotyczące zgonów były jeszcze bardziej wyśrubowane. W 2021 r. zmarło ponad 500 tys. Polaków.
Dane dotyczące przyrostu naturalnego nie napawają optymizmem. Powyżej jak na dłoni widać „rozjazd”, o którym pisaliśmy dwa akapity wcześniej. A do tego pikujący przyrost naturalny naszego kraju.
Ujemny przyrost naturalny musi mieć swoje konsekwencje. Jakie? Tu wszystko zależy od stopnia pesymizmu. Projekcje na podstawie kilku scenariuszy publikuje ONZ.
„W przypadku jednego z nich — wariantu średniego — zakładany jest dla Polski pewien stały, ale niewielki wzrost dzietności w przyszłości. Innym jest wariant bez zmian, pokazujący scenariusz utrzymywania się wszystkich istotnych wskaźników na niezmienionym poziomie” — czytamy w strategii.
W pierwszym scenariuszu liczba ludności Polski w 2100 r., czyli za 75 lat spadłaby o 39,1 proc. do 23 mln. Natomiast w scenariuszu bardziej pesymistycznym na koniec XXI populacja naszego kraju wyniosłaby 16,3 mln, co oznacza spadek w stosunku do 2019 r. o 57,1 proc. Świadkami takiego stanu rzeczy będą więc prawdopodobnie ludzie urodzeni już w okolicach 2020 r.
Ostatnio jednak w Business Insider Polska pokazywaliśmy, że w tej materii prognozy ekspertów często się nie sprawdzają i rzeczywistość jest znacznie bardziej bolesna. Można więc zakładać, że bez długofalowych zmian sytuacja będzie jeszcze gorsza.
ONZ pokusiła się też zresztą o jeszcze dalej idące prognozy. Tu wnioski dla Polski są druzgocące, bo w perspektywie 2300 r. liczba ludności naszego kraju może spaść do nieco ponad 2 mln. To mniej więcej tyle, ile dziś mieszka w aglomeracji warszawskiej.
Działania? W strategii zbyt dużo nie ma
„Te obliczenia wskazują, że brak priorytetowej, zdecydowanej interwencji w obszarach wpływających na zdolność populacji do posiadania dzieci, długoterminowo doprowadzi do biologicznego zaniku polskiego narodu. Konsekwencją braku istotnej interwencji byłoby też dalsze starzenie się demograficzne populacji. (…) Będzie to miało istotne konsekwencje m.in. dla zdolności systemu emerytalnego do zapewnienia adekwatnych świadczeń emerytom i zdolności państwa i samorządów do świadczenia usług publicznych o adekwatnej jakości, zwłaszcza na terenach o znacznym odsetku osób starszych i dużej emigracji” — czytamy w Strategii Demograficznej Polski.
Co zatem poprzedni rząd chciał zrobić, by problem demograficzny okiełznać? Wśród obszarów, na których zdaniem autorów Strategii Demograficznej Polski należałoby się skupić, jest kilka następujących:
- Przeciwdziałanie obniżaniu standardu życia rodziny wraz z urodzeniem kolejnych dzieci
- Zwiększenie stopnia zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych rodzin
- Ułatwianie łączenia pracy z opieką nad dziećmi
- Podniesienie jakości edukacji
- Poprawa stanu zdrowia Polaków
- Zwiększanie kapitału społecznego, w tym wzmacnianie więzi rodzinnych
- Rozwój infrastruktury i usług przyjaznych rodzinie
Wielkich konkretów jednak w strategii nie znajdziemy. Znalazły się w niej głównie rozwiązania, które już funkcjonują. Poza oczywistym programem 500 plus (strategia powstała przed podwyżką świadczenia), znajdziemy tam programy Maluch Plus, Dobry Start, dodatki do pobytu w żłobku czy specjalne emerytury dla matek przynajmniej czwórki dzieci.
Resort rodziny zwracał również uwagę na konieczność wsparcia w kredytach mieszkaniowych, zmiany w opiece zdrowotnej czy też „wsparcie trwałości rodzin”.
Ekspert: nie ma złotej recepty
— To na pewno jest jedno z największych wyzwań, z którymi będziemy się mierzyć. Obok transformacji energetycznej i wykorzystanie nowej rewolucji technologicznej — mówi Business Insiderowi Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora w Polskim Instytucie Ekonomicznym.
Jak dodaje ekspert, już w perspektywie 2050 czy 2060 r. wiemy, że Polska będzie jednym z krajów o najszybszym procesie starzenia się społeczeństwa. — Będziemy na poziomie Japonii, a wyprzedzi nas tylko Korea — mówi Kubisiak.
To właśnie zmiana struktury, a nie sama depopulacja będzie największym wyzwaniem z perspektywy polskiej gospodarki. — Z samym procesem depopulacji to moglibyśmy sobie jeszcze jakoś poradzić. Ale proces starzenia się społeczeństwa jest trudniejszy do opanowania, bo przekłada się na wiele innych sektorów, takich jak rynek pracy, ochrona zdrowia czy system emerytalny — tłumaczy nasz rozmówca.
Najgorsze jest jednak to, że zdaniem zastępcy dyrektora PIE nie ma „złotych recept i gotowych wzorców do przeniesienia z innych krajów”. — W Polsce mamy problem na każdym etapie: od samego wejścia w związek. Badania pokazują, że ludzie po prostu przestają się spotykać. Ale gdy już to się uda, to najtrudniej jest zdecydować się na pierwsze dziecko. Z drugim czy kolejnym prawdopodobieństwo rośnie — wylicza Kubisiak. Dodaje też, że osobną kwestią jest tzw. kara za macierzyństwo, która w naszym kraju ponoszona jest głównie przez kobiety. Pisaliśmy o tym więcej w Business Insider Polska.
Według eksperta spadek dzietności i depopulacja Polski to trend, z którym trudno jest walczyć. On trwał już od wielu lat i jeszcze długo będzie postępował. — To nie jest jak pandemia czy wojna, że coś się dzieje nagle. Jest czas, żeby się na to przyszykować — mówi.
Kubisiak twierdzi, że zamiast próbować odwrócić trend, co może być zadaniem praktycznie niewykonalnym, należałoby przygotować się na nadchodzące zmiany w strukturze polskiego społeczeństwa. Szczególnie jeśli chodzi o wiek. — Oczywiście, musimy robić wszystko, by decyzja o dziecku napotykała na jak najmniej przeszkód. Ale jednocześnie dopasowujmy się do zmieniających warunków — apeluje. Chodzi tu m.in. o zmiany w systemie emerytalnym, opieki zdrowotnej czy na rynku pracy.
Wiceministra: działamy tu i teraz
O plan na fatalne prognozy demograficzne zapytaliśmy wiceministrę rodziny Aleksandrę Gajewską. — Po moim przyjściu do ministerstwa zrobiliśmy przegląd dokumentów, w tym również Strategii Demograficznej. Ja, podobnie jak eksperci, wystawiam jej bardzo niską ocenę, bo jest to dokument napisany w sposób życzeniowy na zamówienie polityczne. Strategia musi zostać napisana na nowo i to nie przez polityków, a ekspertów i praktyków — mówi Business Insiderowi. Jak dodaje, właśnie w tym celu powołana już została specjalna rada ds. polityki rodzinnej i demograficznej, w której oprócz środowiska akademickiego znaleźli się również samorządowcy.
Aleksandra Gajewska zwraca uwagę, że w podejściu do demografii trzeba patrzeć nie tylko na liczbę urodzeń, ale też na zmianę struktury, w tym przede wszystkim wiekowej, społeczeństwa.
Ważniejsze od dokumentów i analiz jest jednak zdaniem wiceministry Gajewskiej działanie tu i teraz. — Z badań prowadzonych na zlecenie ministerstwa wychodzi, że podstawową barierą dla posiadania dzieci jest brak poczucia stabilizacji i bezpieczeństwa — tłumaczy. — Chodzi tu o kwestie związane z szeroko rozumianą sytuacją finansową (wykształceniem, rynkiem pracy), ale też opieką wczesnodziecięcą, ochroną zdrowia czy warunkami mieszkaniowymi.
Wiceministra zwraca uwagę przede wszystkim na program Aktywny rodzic, czyli tzw. babciowe, ale też inne działania w zakresie opieki wczesnodziecięcej. — W ciągu roku liczba gmin bez żadnej opieki żłobkowej spadła z 1105 do 939, a poziom użłobkowienia wzrósł z 36 do ponad 40.11 proc. — chwali się Aleksandra Gajewska.
Jak dodaje, dzięki rekordowemu poziomowi inwestycji, w Polsce ma powstać w tej kadencji 102 tys. dodatkowych miejsc w żłobkach i klubach dziecięcych, na które rząd przeznaczył już 6,5 mld zł. Głównie ze środków unijnych, ale też w ramach programów ze środków krajowych.
— To jest rewolucja, bo jednocześnie likwidujemy bariery finansowe i terytorialne oraz wprowadzamy jednolite standardy jakości opieki. Chcemy pokazać, że żłobek to miejsce, w którym dziecko może świetnie rozwijać się w kontakcie ze swoimi rówieśnikami — podkreśla wiceszefowa resortu rodziny.
— Osobna kwestia to sytuacja kobiety na rynku pracy. Widzimy przestrzenie, w których moglibyśmy wprowadzić dodatkowe rozwiązania wspierające matki małych dzieci. Oczywiście poza rozwiązaniami, które obowiązują już w ramach tzw. dyrektywy work-life balance — mówi Aleksandra Gajewska.
Wśród działań wymienia również finansowanie in vitro (w Business Insider Polska pisaliśmy już o efektach rządowego programu w pierwszych miesiącach funkcjonowania), wprowadzenie standardów opieki okołoporodowej czy wytyczne związane z terminacją ciąży zagrażającej zdrowiu i życiu. Podkreśla, że kluczowe znaczenie mają również programy rozwoju mieszkalnictwa.
Wiceministra zdradza również, że podczas niedawnej konferencji krajów OECD Polska wyszła z inicjatywą wspólnych rozwiązań w zakresie zwiększenia dzietności dla wszystkich krajów. — Zgłosiliśmy potrzebę koordynacji tego typu działań, bo nie tylko my zmagamy się ze spadkiem dzietności. Problem dotyczy w zasadzie wszystkich krajów — puentuje nasza rozmówczyni.
Źródło: businessinsider.com.pl
Moz’e nie. Moz’e problemem byl/o by z’ycie w 50-cio milionowej Polsce.